Zadzwoń: 606 489 864

adres: Zobacz na mapie

Missy

Wydawało się, że to niekończąca się historia albo historia, która zmierza tylko do jednego końca. Na początku wszystko szło dobrze, potem już były tylko myśli o uśpieniu lub szukaniu innego domu. Lecz kto weźmie agresywnego psa i to bulteriera? Missy, urocza biała suczka z czarnym okiem i czarnym uchem, trafiła do nas jako 8 tygodniowy szczeniak. To był 3 bulterier w naszym domu więc byliśmy spokojni o to, że poradzimy sobie z wyzwaniami wychowawczymi, które przynosi ta rasa. Poprzednie suczki kochały ludzi, wychowywały się z dziećmi i były typowymi psami kanapowcami posłusznymi na dworze w czasie spacerów. Od pierwszej wizyty Missy w domu staraliśmy się narzucić jej zasady, które miały ustalić hierarchię w stadzie. Nie było głaskania bez powodu, trzymania na kolanach. Zawsze musiała poczekać i wychodziła ostatnia, nie dostawała jeść nim się nie uspokoiła. Nie mogła wściubiać nosa tak gdzie sobie tego nie życzyliśmy. Była bardzo pojętna w lot chwyciła podstawowe komendy i chętnie współpracowała. Dwa razy w tygodniu była w psim przedszkolu i nim skończyła 4 miesiące skończyła podstawowy psi kurs. Trudno powiedzieć gdzie nastąpił błąd w jej wychowaniu lub inny powód zmiany jej zachowania, ale około 5 miesiąca zaczęła być nerwowa – reagowała przesadnie na dźwięki, podrywała się gdy coś usłyszała, szczekała i warczała – to nie wyglądało dobrze i nie przypominało zachowania zrównoważonego psa czy wesołego szczeniaka. Gdy miała 6 miesięcy przeszła skomplikowaną operację przełyku po połknięciu kawałka kości, który utknął jej w przewodzie pokarmowym i tu się zaczęło najgorsze… Po kilku tygodniach chorowania, właściwie z dnia na dzień, stała się ekstremalnie agresywna – my domownicy nie mogliśmy chodzić po domu, bo nas atakowała, nie można było otwierać szuflad w kuchni czy drzwi szaf, bo wściekle szarpała meble, po jedzeniu dostawała napadu szału – rzucała się na przedmioty w domu, odrywała listwy od podłogi, próbowała gryźć nas. To ustępowało tylko gdy spała i to zamknięta w klatce, bo na posłaniu cały czas pilnowała otoczenie i terroryzowała. Próba poskromienia jej poprzez kładzenie na boku na ziemi tylko ją rozsierdzało. Mogła tak leżeć godzinami trzymana i warczeć. Nie poddawała się. Każda nasz reakcja skutkowała jej atakiem. Wtedy przyjechała do nas pani Monika, poobserwowała jej zachowanie i powiedziała, że widzi szansę w poskromieniu jej, ale dużo będzie zależało od naszego zachowania – mamy być spokojni i zrównoważeni, nie ulegać emocjom, nie krzyczeć, wypracować wewnętrzną siłę, która sprawi, że pies podporządkuje się nam. Tak zaczęliśmy terapię. To nie miało być łatwe. Zadanie pierwsze polegało na wykluczeniu jej ze stada na miesiąc – brak kontaktu wzrokowego, brak dotyku i niemówienie. To miało ją wyciszyć i pokazać, że nie jesteśmy podatni na jej zaczepki. To było ekstremalnie trudne, bo cały czas byliśmy terroryzowani – a jest nas w domu piątka – trudno było być spokojnym i zrównoważonym w jej obecności. Początki nie przynosiły poprawy, po około 6 tygodniach powoli oznaki agresji zaczęły ustępować i wydawało się, że damy radę. Niestety jak tylko zaczęliśmy jej wyznaczać granice po ponownym wkluczeniu do stada, ona zareagowała agresywnie i przy próbie poskromienia bardzo dotkliwie pogryzła jedno z nas w rękę. To przelało czarę goryczy – pies siedział zamknięty w łazience a my zaczęliśmy rozważać uśpienie. Pamiętam, że to była najgorsza noc w moim życiu. Rano uznaliśmy jednak, że jeszcze nie zrobiliśmy wszystkiego a pies ma dopiero 8 miesięcy i jeszcze ma szanse na rehabilitację. Nie chcieliśmy się poddać. Cała praca rozpoczęła się od nowa. Przechodziliśmy wiele konsultacji, rozmów, spotkań jak również awantur w domu, kiedy wszyscy byliśmy zestresowani i mieliśmy wzajemnie do siebie pretensje. Praca nad nią obejmowała również a może przede wszystkim pracę nad sobą. W międzyczasie wykluczyliśmy u Missy choroby, które mogły wywoływać agresję. Mijały tygodnie, miesiące i obserwowaliśmy poprawę, nawet dużą, niestety cały czas zostawało 10% agresji, której nie mogliśmy wytłumić. Mieliśmy w domu psa, z którym do południa dało się żyć a potem nakręcał się i terroryzował, psa, który nie lubił kontaktu z nami i chciał nas tylko ustawiać. Humorzastego i nieobliczalnego w domu, bowiem poza domem uwielbiała ludzi i kontakt z innymi psami. Mimo, że jej zachowanie polepszyło się zdecydowanie, to nie był pies, o którym się marzy. Z nią fajnie było tylko gdy spała zamknięta w klatce. Nie wspomnę już o tym, że znajomi zaczęli nas unikać, odmawiali przychodzenia nawet gdy była już spokojniejsza a ja ograniczyłam wizyty w domu kolegów moich synów. W międzyczasie Missy skończyła rok i przyszła Wielkanoc a wraz z nią informacja, która podcięła nam dodatkowo skrzydła. Jej siostra, która również sprawiała problemy wychowawcze została uśpiona z powodu agresji. Gdzieś w środku nas zaczęła zwyciężać opcja, że to geny i nic nie da się zrobić, choć wcześniej byliśmy zwolennikami teorii, że kłopoty z psem wynikają raczej z niewłaściwego zachowania właścicieli i tu szukaliśmy przyczyn kłopotów. Zaczęliśmy się łamać i ponownie rozważać uśpienie bądź szukanie domu, w którym mogłaby od początku uczyć się zasad i w którym jest mniej osób, które próbowałaby sobie podporządkowywać. Uśpienie psa to bardzo trudna decyzja bowiem implikuje przynajmniej dwie rzeczy – pozostawia bardzo realne wrażenie, że poniosło się porażkę oraz wzbudza poczucie winy, że może nie wszystko się zrobiło. To były powody, dla których cały czas próbowaliśmy nowych sposobów i zamykaliśmy uszy na słowa zatroskanej rodziny i przyjaciół, że to co robimy jest bez sensu i nie można marnować sobie życia, zdrowia i nerwów na walkę z psem. Mówili nam, że jesteśmy ważniejsi i mieli rację. To przestawało mieć jakikolwiek sens. Missy miała półtora roku, my byliśmy nieugięci, ale zmęczeni, zestresowani, rozczarowani i często z sobą skłóceni, bo w domu nie było bezpiecznie, nie było komfortu, radości i spokoju. Czekaliśmy na coś, co nie następowało i nadzieja zaczęła umierać. Pewnego dnia w wakacje, po kolejnym incydencie, przelała się czara goryczy i podjęłam decyzję o szukaniu Missy nowego domu. Hodowczyni, która też nas od początku wspierała w radzeniu sobie z nią, zobowiązała się wziąć ją do siebie i wspólnie omówiłyśmy warunki szukania odpowiedzialnego domu. Omówiliśmy się na odwiezienie jej do hodowczyni. Decyzja zapadła. Z serca spadł mi kamień i poczułam ulgę – wyobraziłam sobie jak spokojnie będzie gdy jej w domu nie będzie – to było cudowne uczucie. Pomyślałam sobie wtedy, że zrobiłam wszystko co mogłam a nawet więcej – nie miałam sobie nic do zarzucenia. Przyszło mi do głowy, że jeszcze mój mąż mógłby coś zrobić – nie dał jej do tej pory takiego absolutnego pokazu siły, jako, że jest człowiekiem spokojnym i raczej powściągliwym a na pewno nie agresywnym. Powiedziałam mu wtedy: „Posłuchaj, nie mamy już nic do stracenia, ona powinna dostać porządnie wpierdol, to może jej się poukłada w głowie. Przy najbliższej okazji jak tylko warknie na ciebie, poderwij ją za tylne nogi do góry i trzymaj aż jej się odechce”. (Tym sposobem podzielił się jeden ze znajomych, który miał agresywnego psa i gdy próbował się bronić przed nim odrywał go od ziemi). Tak zrobiliśmy. Missy, oderwana od ziemi, dostała szału, wiła się jak anakonda, warczała i próbowała gryźć – tak mniej więcej 30 sekund aż ucichła. Najdłuższe 30 sekund w życiu. Po postawieniu na ziemię, skuliła się, położyła uszy po sobie i odbiegła w kąt. I to był ostatni raz kiedy nas próbowała zdominować. Od tego dnia jest uległa, przestała pilnować, atakować i ustawiać. Z psa, który nie mógł spokojnie zasnąć, zaczęła na posłaniu wylegiwać się i drzemać całe dnie, nie robiąc sobie nic z tego, że coś się w domu dzieje. Nigdy więcej nie warknęła po jedzeniu. Po miesiącu zlikwidowaliśmy klatkę, która zaczęła być niepotrzebna, po dwóch zaczęliśmy ją ze spokojem głaskać i przytulać – zaczęła to lubić – robi się z niej prawdziwy pieszczoch. Zaprosiliśmy panią Monikę na wizytację, trochę z duszą na ramieniu, a nuż Missy pokaże rogi – nadal nie mieliśmy zaufania do niej – Missy po pierwszej ekscytacji wynikającej z powitania, położyła się na posłaniu i przespała całą wizytę. Prawda jest też taka, że nie pozwalamy sobie wejść na głowę – to my rządzimy w domu i co jakiś czas Missy dostaje demonstracje siły w postaci ostrego tonu, stanowczego gestu i pokazania jej miejsca czyli że tak naprawdę jest nikim jeśli chodzi o bycie szefem w domu. W hierarchii domowej muchy są wyżej i ona ma mieć cały czas tego świadomość. Jest to typ psa, który będzie próbował przejąć tę kontrolę w chwili naszej nieuwagi, więc cały czas dajemy jej odczuć naszą przewagę. Uff. Kiedy myślę o tym półtora roku, to nie jestem pewna czy było warto, bo to był najtrudniejszy czas w moim życiu, kiedy nie miałam prywatności w domu i moje granice były ustawicznie przekraczane, natomiast wiem jedno, zawsze jest jakiś sposób na problem, trzeba tylko na niego trafić i cieszę się, że dotrwaliśmy do tego momentu. To daje siłę i poczucie sprawczości. Wiem też jedno – że nigdy nie pomyślę źle o ludziach, którzy nie zdecydują się na przejście tej drogi – bowiem każdy ma prawo do wyboru życia, takiego, które mu sprzyja i na pewno nie pies powinien te warunki dyktować. Może napiszę o tym kiedyś książkę… ;)”

Dominika Jasińska